ła-GODNOŚĆ zimy
W pewien styczniowy weekend spotkałam się z moją kuzynką. Dość szybko rozmowa zeszła na temat obecnej pory roku. Kuzynka opowiadała, jak to kiedyś ludzie większość zimowego dnia przesypiali… ale obecnie mamy kapitalizm, kult zapierdolu i tak się nie da.
Myślę, że mojemu mężowi to długie spanie by się podobało... ja też nie miałabym nic przeciwko. Więcej. Nawet już teraz trochę tak żyjemy.
To spotkanie trochę uspokoiło mnie i ustabilizowało wewnętrznie. Cieszę się, że ten głos o odpoczynku zimowym słyszę coraz częściej i zdaje się, że coraz bardziej go rozumiem.
Moja obecna sytuacja nieustabilizowanego zatrudnieniem jest trudna, tak, to prawda. Ale również ma to taką nutę, którą zaczynam sobie uświadamiać i cenić. To fakt braku przeciążenia. Mogę żyć bardziej w zgodzie z naturą i rzeczywiście spać, odpoczywać w tym zimowym czasie, nie przekraczać się.
Rok temu sporo doświetlałam się lampą imitującą światło słoneczne (lampą antydepresyjną po prostu), a teraz zorientowałam się, że w zasadzie w tym sezonie nie ma takiej potrzeby!
Dlaczego? W tym miesiącu było również sporo jasnych dni. Śnieg rozświetlił tę zimę – dosłownie odbijając światło słoneczne, ale rozświetlił też mnie – sprawiając mi dużo przyjemności.
Widzę jeszcze drugi powód braku potrzeby doświetlania. Nie muszę motywować się/przymuszać się do bycia bardziej energiczną niż jestem w rzeczywistości.
Dobitniej - kiedy nie muszę tyrać jak dziki koń to również nie potrzebuję bardziej stymulować się światłem. I jakoś to mnie rusza podwójnie.
Z jednej strony to jest irytujące, że przez system (ciśnie mi się na usta: system feudalny), w którym żyjemy jesteśmy zmuszeni żeby żyć jakby poza sobą, poza ciałem.
A z drugiej strony jest w tym jakaś miękkość. Pomimo całego trudu, jest ta kropla wdzięczności. Paradoksalnie, nie mając stałej pracy nie muszę składać daniny z ciągłego zmęczenia, niewyspania, nadmiernego zaangażowania wprost nieproporcjonalnego do efektów pracy i wypłaty. To kropla wdzięczności, przez którą zaczynam inaczej widzieć świat.
Budzi się we mnie nowa świadomość. Nie pracuję w powszechnie przyjętym systemie (dla mnie systemie feudalnym). I okazuje się, że bycie bliżej siebie, bliżej cyklu naturalnego jest możliwe i dla mnie. I wgl nie chcę należeć do tego systemu.
Chcę iść dalej tą drogą, a w zasadzie dać się poprowadzić drodze.
*
Jeszcze ostatni wątek, którego nie mogę pominąć - wracając do rozmowy i spotkania rodzinnego. W moim rodzinnym domu nie miałam zwierząt, nie licząc myszki, a u kuzynki mieszka kot, a w zasadzie kotka. I o ironio, ma na imię Wader, a w zasadzie Wadera. I jakoś blisko nam do siebie.
I ilekroć jestem w tym domu tylekroć myślę, że KOT TO WAŻNE STWORZENIE W RODZINIE, ważny członek rodziny. On umie w odpoczywanie, w racjonalne zarządzanie energią. Z tej wilczo-kociej relacji tego też mogę się nauczyć.
Pax
Wilczyca


Komentarze
Prześlij komentarz